Sprawą logiki jest powiedzieć, dlaczego rozumowanie jest fałszywe. Sprawą socjologii jest wyjaśnić jego szeroki oddźwięk.
J. Szacki, Historia myśli socjologicznej. Wydanie nowe. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, s. 344-345.
Jak widać, antropologia Arystotelesa musiała być jednocześnie nauką o państwie czy też swego rodzaju "socjologią", ponieważ społeczny charakter człowieka stanowi jego cechę gatunkową, o czym świadczy m.in. to, że właśnie człowiek jako "[...] jedyny z istot żyjących obdarzony jest mową".
J. Szacki, Historia myśli socjologicznej. Wydanie nowe. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2004, s. 30.
Język potoczny stanowi część organizmu ludzkiego i jest nie mniej niż on skomplikowany.
L. Wittgenstein, Tractatus logico-philosophicus. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, s. 20.
Przez "wolność słowa" rozumie się na ogół możliwość wyrażania czy komunikowania swoich myśli nie ograniczaną przez nikogo środkami przymusu czy zastraszania, jak działania policji i sądów, sankcje ekonomiczne lub grożenie nimi, albo przeszkody fizyczne (na przykład, gdy podczas zebrania jakiś agitator usiłuje zagłuszyć czyjąś wypowiedź). [...].
Czy jednak istnieje prawo prima facie do ochrony wyrażania wszelkich idei (nawet kłamliwych)? Czy istnieje prawo prima facie do ochrony wypowiedzi obscenicznych, świadomie fałszywych, bądź lansujących programy polityczne, które prowadzą do obalenia formy rządów zapewniającej wolność, w tym wolność słowa? [...]. Jak mamy odróżnić próbę świadomego wprowadzenia w błąd od nieudolnego czy opartego na błędnych informacjach starania o to, by przedstawić fakty ważne dla dobra publicznego? Czy wolno powierzać to zadanie administratorom i czy warto próbować dokonywać takiego rozróżnienia w przypadkach, gdy możemy mieć do czynienia z ludźmi przebiegłymi, którzy potrafią ukryć nie sprzyjające im fakty? Nadto, w każdym ograniczeniu wolności słowa kryje się niebezpieczeństwo, gdyż rządzący chętnie posłużą się nim jako środkiem zachowania swej władzy. Pewne granice można tu, oczywiście, wyznaczyć. Złośliwe oszczerstwa i zachęcanie do przemocy daje się zidentyfikować i przeciwdziałanie im nie niesie z sobą większych niebezpieczeństw dla dobra publicznego; [...]. Tam jednak, gdzie wyrażanie przez kogoś własnych myśli nie wyrządza nikomu osobistej szkody, ani nie prowadzi bezpośrednio do szkody publicznej, istnieje, jak się wydaje, powinność współdziałania w ochronie tej wolności. Choć więc w przypadku pewnych myśli, wziętych z osobna, prawo prima facie do ich wyrażania jest wątpliwe, to wziąwszy pod uwagę cały kontekst trzeba uznać naszą powinność zapewnienia i ochrony systemu prawnego, który broni wolności wszelkich wypowiedzi.
R. B. Brandt, Etyka. Zagadnienia etyki normatywnej i metaetyki. Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1996, s. 764-766.
Wbrew popularnemu wyobrażeniu, naukę cechuje nie tyle użyteczność czy prawdziwość wygłaszanych tez, co rygorystyczność metod. Co więcej, ma ona wyrazisty aspekt społeczny, wynikający z konieczności przekazywania informacji możliwie zrozumiałej i jednoznacznej.
J. Dzik, Ewolucja. Twórcza moc selekcji. Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2021, s. 11.
Racjonalizm głosi, że tylko wtedy wolno głosić swoje przekonanie i domagać się dla niego powszechnego uznania, gdy daje się ono w sposób dokładny wypowiedzieć w słowach i gdy każdy może się (w zasadzie przynajmniej) przekonać o jego słuszności lub niesłuszności. Idzie tu po pierwsze o to, by społeczeństwa chronić przed opanowaniem ich przez niezrozumiały frazes, mający mimo to nieraz silny oddźwięk uczuciowy i wpływający skutkiem tego na postępowanie poszczególnych jednostek i całe ruchy społeczne, a po drugie, idzie o ochronę przed bezkrytycznym przyjmowaniem poglądów głoszonych przez ich wyznawców nieraz z całą siłą przekonania, ale niedostępnych sprawdzeniu przez innych, a więc przynajmniej podejrzanych o to, że są fałszywe. Idzie więc o ochronę społeczeństwa przed nonsensem i przed fałszem.
K. Ajdukiewicz, Zagadnienia i kierunki filozofii. Czytelnik, Warszawa 1983, s. 72.
Ich celem jest bezkompromisowe poznawanie prawdy, sceptycyzm w odniesieniu do dotychczasowej wiedzy i pokora w stosunku do faktów. [...]. To sposób życia, który określił niegdyś istotę kultury europejskiej i dał jej władzę nad światem. Powinien być kultywowany, choćby jako środek wychowania i wzór dla młodzieży.
J. Dzik, Ewolucja. Twórcza moc selekcji. Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2021, s. 223.
Scjentyzm polega [...] na tym, że własne myślenie i własny sąd zastępuje się w konkretnym przypadku ogólnikową wiarą w naukę i jej zinstytucjonalizowane autorytety.
B. Wolniewicz, Filozofia i wartości. Tom I. Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2019, s. 61.
Scjentyzm to kult nauki, a nauka to najpełniejsze ucieleśnienie racjonalności, nade wszystko dzięki matematyce. Kult dla niej - czy dla czegokolwiek - trudno zaś uznać za przejaw racjonalności, już prędzej za coś jej przeciwnego. Kult bije z innego źródła duszy niż rozum, bo ten zna tylko prawdę i fałsz: twierdzenia i dowody, definicje i algorytmy. Rozum i logika to jedno. A „kult nauki” brzmi całkiem jak „kult Baala” - jakiegoś nowego potężnego bałwana; co widać chociażby w bezkrytycznej wierze w „ekspertów”, tłumiącej i wypierającej elementarny rozsądek, tę podstawę wszelkiej racjonalności.
Z. Musiał, J. Skarbek, B. Wolniewicz, Trzy nurty: racjonalizm, antyracjonalizm, scjentyzm. Uniwersytet Warszawski, Wydział Filozofii i Socjologii, Warszawa 2006, s. 8.
Urzędnicy w ścisłym słowa znaczeniu, tj. członkowie państwowej biurokracji, wykonywującej władzę (w przeciwieństwie do pracowników upaństwowionych przedsiębiorstw) są potężną klasą, złożoną w wiekszości z pasożytów i wyzyskiwaczy. Nowsze badania wykazały, że w dziejach częste są okresy, w których urzędnicy wyzyskują w okrutny sposób twórczych pracowników; tak było w dawnym Egipcie, tak jest dzisiaj w krajach komunistycznych. Ale i w innych liczba i potęga klasy urzędników stale rośnie.
Aby ukryć pasożytniczy charakter swojej klasy, urzędnicy szerzą zabobony, mówiące o "państwie", "władzy", "klasie" itp., podczas gdy chodzi w rzeczywistości o nic innego niż o interesy ich klasy. Urzędnicy mają bowiem naturalną skłonność do mnożenia sie jak króliki. Aby zapewnić posady swoim kuzynom i przyjaciołom, starają się, by ukazywały się coraz nowe ustawy i rozporządzenia. Klasa urzędników jest rodzajem raka społecznego, który rozrasta się kosztem zdrowego organizmu i - jak rak - zabije go, jeśli się nie położy tamy jego rozwojowi. Obalenie zabobonów szerzonych przez urzędników jest warunkiem przynajmniej częściowego uwolnienia społeczeństwa od wyzysku. [...].
Jedną z przyczyn szerzenia się zabobonów dotyczących urzędnika jest socjalizm, a mianowicie dążenie do usunięcia prywatnych przedsiębiorców, których miejsce muszą zająć urzędnicy. Katastrofalny skutek ich gospodarki jest powszechnie znany, ale motywy socjalistyczne są nieraz tak silne, że nie pozwalają ludziom dostrzec niebezpieczeństwa grożącego im ze strony zabobonów szerzonych przez urzędników.
J. Bocheński, Sto zabobonów. PHILED, Kraków 1992, s. 134.
System naukowego myślenia jest podstawą całościowego obrazu świata, czyli kształtowania naukowego poglądu na świat. Stanowi on differentiam specificam naszej cywilizacji i zarazem jest jednym z dwu jej ideowych filarów. Drugim filarem cywilizacji Zachodu było i jest chrześcijaństwo. Chrześcijaństwo rozumiane tu jest jako pewna orientacja intelektualna, nie tylko religijna. Metafizyka tak rozumianego chrześcijaństwa jest efektem dwu wielkich syntez dziejowych: żydowskiej wiary w jednego osobowego Boga z filozofią grecką, oraz zrodzonego w ten sposób wczesnego chrześcijaństwa z kulturą rzymską. Pierwsza synteza to jakby łączenie ognia z wodą: absolutnego autorytetu boskiego z autorytetem rozumu i logiki; prawdy objawionej z prawdą udowodnioną. Z drugiej syntezy chrześcijaństwo wyniosło poszanowanie prawa i wiarę w sprawiedliwość świecką.
Z. Musiał, J. Skarbek, B. Wolniewicz, Trzy nurty: racjonalizm, antyracjonalizm, scjentyzm. Uniwersytet Warszawski, Wydział Filozofii i Socjologii, Warszawa 2006, s. 103-104.
Wszelka rewolucyjność społeczna polegała i polega zawsze na domniemaniu, że szczęście całej ludzkości zawisło od wykonywania pewnej doktryny; przeciwników uważa się za przeszkadzających szczęściu, a więc trzeba ich wytępić, ażeby zapewnić szczęście pozostałym. Jednakże zasadniczym warunkiem szczęścia będzie zawsze, żeby móc urządzać się po swojemu. Wbrew temu uważają rewolucjoniści za swój obowiązek, żeby ideologię swą narzucać gwałtem, a inaczej myślących prześladować i tępić. Uważają to za uczynek miłosierny w interesie samychże prześladowanych. Pomysł szczęścia z przymusu świadczy bądź co bądź o pewnym obłędzie gromadności.
F. Koneczny, Prawa dziejowe. Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2020, s. 674.
Skąd to rozszerzenie rewolucyjności, ta międzynarodowa jej popularność? Chwyta się umysły na lep wielkich programów. Gotowość i łatwość olśniewająca maluczkich, bo sypią programami, jak z rękawa. Wywody zaś ich dadzą się zazwyczaj streścić krótko, a węzłowato i jędrnie, zmieniają się łatwo na hasło, a tłum tego potrzebuje. Im mniej gdzie oświaty, tym więcej tam osób niepragnących niczego równie gorąco, jak tego, by im rozkazywano, by nimi dysponowano. Są dumni z tego, że mogą być ślepym narzędziem, „kółkiem w maszynie”. Człowiek niezdatny do samodzielności ginie, jeżeli nie stanie się niewolnikiem; a ginie przede wszystkim moralnie, czując się zerem. Mechanizm rewolucyjny podnosi go we własnych oczach, robi go czymś, obdarza go poczuciem przydatności, bo on nareszcie wie, co robić i jak się zachowywać na świecie! Niewolnicze oddanie się ciałem i duszą, wyrzeczenie się własnej myśli jest tym łatwiejsze, im bezmyślniejszym jest ze swej natury. Odtąd będzie myśleć tak jak mu każą, ale nie będzie odczuwać upokarzającej go przedtem próżni we własnym mózgu. Rewolucyjność dostarczyła mu środków do bytu moralnego. [...]. Tacy właśnie ludzie, moralnie wobec rewolucyjności zobowiązani, stanowią niezwyciężalne hufce rewolucyjnego pochodu, bo oni wierzą w to, co myślą i mówią. Ci, którzy ich popędzają, ubezpieczyli się doskonale przed sceptycyzmem ze strony swej wiernej trzody, obiecując raj na ziemi, skoro tylko rewolucja całą ziemię ogarnie; dość czasu na całe pokolenia. Tymczasem zaś rewolucyjność nadaje się maluczkim i ubogim na umyśle, albowiem nie wymaga od nich nic trudniejszego; niczego takiego, do czego nie byliby zdatni. Nikt od nich nie żąda, żeby cośkolwiek zbudowali, ani nawet, żeby coś psującego się naprawiali. Do takich robót trzeba kompetencji, znawstwa przedmiotu, a tego nie posiadają nawet kierownicy rewolucji, […].
Wiemy, jak łatwo przechodzą do rewolucyjnego obozu fantastycy. Stają się tam fanatykami swych fantazji; a ponieważ rewolucyjność fanatyków bardzo sobie ceni, więc przywiązanie wzajemne wzrasta i fantazja zrasta się z rewolucją jako największym boiskiem dla swej fantastyczności.
F. Koneczny, Prawa dziejowe. Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2020, s. 680-681.
Nie należy tedy dopuszczać, ażeby w społeczeństwie wytworzyła się osobna warstwa urzędnicza. Urzędnik ma być czymś wyjątkowym, a nie rzeszą stutysięcznogłową.
We wszystkich państwach kontynentu europejskiego w ostatnich dwóch pokoleniach spychało się państwowość na coraz niższe poziomy, a to dzięki systemowi biurokratycznemu. Godnym zaś pendant biurokracji jest politykanctwo - istna parodia polityki nadużywanej do kariery. Wjeżdżają na tym wysoko w górę osoby, które byłyby zerem, gdyby nie politykanctwo. Dostojeństwa należą się takim, którzy są czymś sami przez się i odznaczają się w społeczeństwie, zanim zostaną dostojnikami. Politykanctwo zapełnia fotele ministerialne nie zerami, lecz wprost minusami.
Zapobiec biurokracji i politykanctwu, [...], może tylko państwo obywatelskie, autonomiczne, decentralistyczne. Jeżeli się nie powiedzie propaganda takiego państwa, jedynie zgodnego z cywilizacją łacińską, w takim razie nie obroni się Europa przed sroższym panowaniem siły nad słusznością.
F. Koneczny, Prawa dziejowe. Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2020, s. 682.
Tymczasem jednak państwo socjalistyczne zmierza do tego, ażeby wszystkich porobić urzędnikami. Kto nie pozostaje w stosunku służbowym do państwa, ten znajduje się tym samym poza państwem i społeczeństwem. Tacy niechaj wyginą choćby z głodu. Państwo socjalistyczne jest bowiem totalne nie tylko dlatego, że obejmuje wszystkie sprawy, ale też wszystkich ludzi jako jedną stadną gromadę.
Powinien pobudzać do zastanowienia fakt, że im gorętsi rewolucjoniści, tym bardziej gardłują za centralizmem i absolutyzmem władzy naczelnej, a przeciwko autonomii. Socjalizm wytwarza państwowość najbardziej policyjną ze wszystkich. [...].
Wszelkie państwo rewolucyjne musi być policyjne. Tak bywało dotychczas zawsze, a u dzisiejszych rewolucjonistów nie zanosi się bynajmniej na zmianę. [...].
Rewolucjonizm lubi się przebierać w demokrację, a komedia ta przynosi mu największe zyski.
F. Koneczny, Prawa dziejowe. Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2020, s. 683.
Komunizm to nie jest system społeczny lub polityczny (takie systemy, owszem, były i są przez komunizm generowane i mieliśmy tu u władzy komunistów-stalinistów, komunistów-nacjonalistów, komunistów-liberałów), komunizm to jest, używając metafory biologicznej, uszkodzenie genetycznego kodu duchowego, genetyczne uszkodzenie duszy. Istota komunizmu polegała i polega na uszkodzeniu człowieczeństwa. […]. Jeśli zostało uszkodzone człowieczeństwo milionów ludzi, jeśli z milionów dusz zostały wyrugowane miłosierdzie, litość, umiejętność miłości, to skutki tego musza trwać bardzo długo. I te dusze być może nigdy już nie ozdrowieją. Komuniści nazywali ten proces przekuwaniem, pieriekowką dusz. Chwalili się tym, że przekuwają ludzkie dusze. No i przekuli człowieka na swoim straszliwym kowadle.
W istotę komunizmu wydaje się być wpisana umiejętność przemiany: nowe mutacje mogą wyglądać (początkowo) dość niewinnie. Krótko mówiąc: to się nie skończyło, przeszło w coś innego, równie obrzydliwego. To coś nie wskazuje na razie skłonności morderczych, co nie znaczy, że niebawem nie zacznie mordować.
Ludzkość wydobyła z siebie coś niebywale okrutnego: ujawniła się smocza potworność naszego tutejszego istnienia. Z jamy, z głębi naszego istnienia wylazł plugawy smok i powiedział: to ja jestem człowiekiem. Więc to była i jest niewątpliwie katastrofa kosmiczna i metafizyczna, tyle że ja nie czyniłbym tu całkiem niepotrzebnego i mylącego rozróżnienia między komunizmem a nazizmem. Komunizm i nazizm w swej istocie były i są tym samym, bo to były różne dwudziestowieczne wcielenia tego samego smoka, różne objawienia tej samej egzystencjalnej potworności. Nazizm był generalną próbą komunizmu. Smok wypróbowywał swoje sposoby na Martinie Heideggerze oraz na niewinnych niemieckich Mädchen. To była katastrofa kosmiczna, która przydarzyła się tutaj mnie oraz całej ludzkości.
J. M. Rymkiewicz, Rozmowy polskie w latach 1995-2008. Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2009, s. 10-21.